Świadectwa

Świadectwa

Niezwykłe spotkania w Italii

Nasze rodzinne pielgrzymowanie rozpoczęło się 26 maja 2016 r. Tego dnia przylecieliśmy do Włoch, zakwaterowaliśmy się i zjedliśmy pierwszą włoską kolację. Następnego dnia rano wyruszyliśmy do Ponte Nuovo. Kościółek akurat był sprzątany przez bardzo miłych, starszych ludzi. Zanim zatopiliśmy się w modlitwie, rozmawialiśmy chwilę z państwem, którzy zachęcali nas do odwiedzenia domu  Joanny i Piotra Mollów. Potem wpisaliśmy nasze intencje do pamiątkowej księgi, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy się modlić. W pewnej chwili pani sprzątająca niezwykle ożywiła się i podeszła do nas, żeby oznajmić nam, że córka św. Joanny właśnie idzie tu z grupą. Pan w tym czasie zdążył wyjść na zewnątrz i dowiedzieć się, że grupa przejdzie najpierw pod dom, a potem wróci do kościółka. Oczekiwaliśmy z dreszczem emocji, gdyż nie spodziewaliśmy się takiego spotkania. Po kilkunastu minutach grupa weszła do kościółka. Gianna Emanuela chwilę później zwróciła na nas uwagę. Przedstawiliśmy się, a ponieważ trzymałam w rękach przewodnik śladami św. Joanny Beretty Molli – „W podróż miłości” ks. Piotra Gąsiora Gianna wzięła go z moich rąk i pokazała grupie, dodając krótki komentarz o przewodniku. Wtedy też powiedziałam Jej o tym, że w Polsce mamy Stowarzyszenie Przyjaciół Świętej Joanny Beretty Molli. Zachwyciła się. Po chwili zaczęła opowiadać o kościółku i o swojej mamie, uśmiechając się przy tym często. Była bardzo pogodna. Po prelekcji podeszła do nas i wówczas korzystając z możliwości powiedziałam jej o tym, że dziś jest nasza 10 rocznica ślubu. Zaczęła składać nam życzenia i przytulać nas. Wtedy dałam jej przetłumaczone świadectwo o naszej córeczce Asi, której święta Joanna patronuje od pierwszych chwil życia i niejednokrotnie uratowała w zagrożeniu życia. Gianna Emanuela przytuliła mocno Asię i kilka razy ucałowała. Potem była jeszcze chwila na wspólne zdjęcia i pożegnanie, jakże serdeczne. Wychodząc, zatrzymała się, wyjęła z torebki trzy obrazki (jeden z relikwią) i wręczyła nam. Byliśmy pod wielki wrażeniem. To był pierwszy w tym dniu „prezent z nieba”!

Następnie udaliśmy się do Magenta, pod dom państwa Berettów oraz do Instytutu Sióstr Kanosjanek. Tam czekała nas kolejna niespodzianka! Spotkaliśmy siostrę zakonną, która była podopieczną świętej Joanny. Zapytałam ją czy mogłaby zaprowadzić nas do kaplicy, w której Joanna i Piotr otrzymali błogosławieństwo na początek oficjalnych zaręczyn. Siostra z radością to uczyniła. Po krótkiej modlitwie i kilku zdjęciach zaproponowała, abyśmy zostali jeszcze w kaplicy i spokojnie się pomodlili, po czym wyszła. Wychodząc z oratorium siostra jeszcze raz spotkała się z nami i pokazała obrazy fundatorek tego miejsca. Zapytała jak mamy na imię. Skojarzyła też fakt odwiedzin polskiej grupy pielgrzymów (3 tygodnie wcześniej), którą byli nauczyciele ze Szkoły Podstawowej na terenie Parafii Redemptor Hominis wraz z księdzem Piotrem Gąsiorem z Krakowa. Na koniec przytuliła mocno nasze dzieci i podarowała nam obrazki ale ku mojemu zdziwieniu nie świętej Joanny lecz Jej rodzonego Brata – ojca Alberta Beretty. Głęboko mnie to zastanowiło i pomyślałam sobie, że Joanna daje nam również w jakimś celu swojego brata.

Na koniec dnia pojechaliśmy do Mesero, na cmentarz i do Sanktuarium Najświętszej Rodziny i św. Joanny, gdzie w kaplicy, przy relikwiarzu chciałam złożyć „wotum wdzięczności” za życie Asi – serduszko z jej zdjęciem, datą urodzenia i słowami wdzięczności dla świętej. I kolejna niespodzianka! Zainteresował się nami starszy ksiądz, który jak się okazało po krótkiej rozmowie w wieku kilku lat chodził ze świętą Joanną na wycieczki jako podopieczny. Ksiądz ucieszył się bardzo spotkaniem. Rozmawialiśmy chwilę o Polsce, gdyż kilka lat wcześniej pielgrzymował do Częstochowy, Wadowic i Krakowa. Podarował nam obrazki św. Joanny z modlitwą po polsku. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, a na koniec zaprosił nas do swojego domu, gdyż chciał pokazać nam swoje zdjęcie z Joanną. Przed naszym wyjściem pobłogosławił nas i odprowadził długo machając ręką na pożegnanie.

To był dzień pełen ogromnych wrażeń i pięknych wspomnień, które na zawsze zostaną w naszej pamięci. Cały krótki pobyt we Włoszech opieraliśmy na tych niezwykłych doświadczeniach, które było dane nam przeżyć.
Dziękujmy Ci kochana Joanno za te wielkie dary, które otrzymaliśmy na twojej ziemi. Mamy nadzieję wrócić tam jeszcze nie raz…

Monika i Jacek


Nie tylko patronka

Kasia:
Nasza szkoła dopiero się buduje. Buduje się fizycznie, bo dopiero wykańczany jest budynek, w którym będziemy się uczyć. Buduje się też społeczność naszej szkoły. Nasza szkoła potrzebuje patrona i orędownika. Właściwie można powiedzieć, że święta Joanna sama przyszła i zaproponowała, że zaopiekuje się nami. Aby lepiej ją poznać część grona pedagogicznego naszej szkoły wyruszyła na pielgrzymkę szlakiem św. Joanny Beretty Molli do włoskiej Lombardii. Pielgrzymkę zorganizowało Stowarzyszenie Przyjaciół Św. Joanny Beretty Molli a opiekę duchową sprawował ks. Piotr Gąsior.

Nie była to typowa pielgrzymka do Włoch. Były to raczej rekolekcje. W spokoju i bez pośpiechu odwiedzaliśmy kolejne miejsca związane z naszą Świętą. Miejsca, w których nie zatrzymałby się przeciętny pielgrzym czy turysta przyjeżdżający poznać uroki Italii. A jednak będąc w kościołach, w których modliła się święta Joanna i pod domami, w których mieszkała, wciąż spotykaliśmy się z jej żywą obecnością. Spotykaliśmy się z ludźmi, dla których nie była ona świętą z obrazka ale żywą kobietą, sąsiadką, przyjaciółką, opiekunką, lekarzem. Czuliśmy jej obecność siadając w tych samych ławkach, w których miała zwyczaj siadać a nawet na jej krześle w ambulatorium.

Coraz bardziej poznawaliśmy świętość Joanny realizującą się z pozoru tak zwyczajnie. Spotkaliśmy się z kobietą, która doświadczała rozterek, szukała swojej drogi, a przy tym miała tyle wewnętrznego spokoju i zaufania Panu. Kobietą, która doznawała w życiu cierpienia a jednocześnie była przepełniona prawdziwym szczęściem. Kobietą ofiarną, która całe życie oddała innym: dziewczynkom z Akcji Katolickiej, swoim pacjentom, mężowi, rodzinie i w końcu swojej córeczce. A jednocześnie była to kobieta tak bardzo ciesząca się życiem.

Oprócz czasu na refleksję i modlitwę mieliśmy też okazję cieszyć się tymi samymi radościami, co Joanna – pięknem przyrody, spotkaniem z drugim człowiekiem, śpiewem, dobrą włoską kuchnią i tańcem.

Dzięki tej szczególnej pielgrzymce nie tylko lepiej poznaliśmy naszą Św. Joannę ale zostaliśmy pociągnięci do prawdziwej przyjaźni z nią. Teraz wiemy, że nasza szkoła będzie miała nie tylko patronkę ale prawdziwą opiekunkę i orędowniczkę.


O rekolekcjach słów kilka…

Kinga i Darek:
Czas spędzony na tych rekolekcjach, pozwolił nam oderwać się od codzienności i wniósł w nasze małżeństwo świadomość tego, jak bardzo ważne jest pielęgnowanie miłości poprzez wzajemną uczciwość.

Basia:
Kolejne rekolekcje o małżeństwie i wydawać by się mogło cóż nowego? A jednak. Miłość pielęgnowana w uczciwości małżonków, których połączył Jezus. Spoiwem jest Jego Krew, zatem ze względu na to uczciwym jest kochać męża, być wierną i nie opuszczać go aż do śmierci. Piękne i możliwe nawet we współczesnym świecie.

Monika:
Te rekolekcje pomogły mi na nowo odkryć piękno sakramentu małżeństwa. Zbliżyć się do Pana Jezusa i współmałżonka. Zrozumieć sens uczciwości, a nade wszystko cud miłości ofiarnej samego Boga. Zmieniły moją modlitwę i dały początek czemuś nowemu, czego Duch Święty pozwolił mi doświadczyć, mimo że jeszcze tego nie pojmuję. Ufam, że prowadzeni Bożą Miłością, dojdziemy szczęśliwie do upragnionego nieba.

Jadwiga i Maksymilian:
Mimo wielu trudności dotarliśmy na rekolekcje. Wróciliśmy napełnieni Bożą siłą. Nadal podejmujemy nasze codzienne obowiązki, ale dostrzegamy, że z nami idzie Bóg i pragnie nam błogosławić, jeżeli tylko otworzymy nasze serca na Jego łaskę. Polecamy każdemu kto chce w życiu małżeńskim i rodzinnym czegoś więcej.

Piotr:
Uczciwość małżeńska, jak się okazało, to temat ciągle do odkrycia. Dzięki tym rekolekcjom udało mi się spojrzeć na ten wymiar małżeństwa jeszcze głębiej i szerzej. Wierzę głęboko, że dzięki temu miłość w naszym małżeństwie będzie mogła być jeszcze lepiej pielęgnowana.


Chwila wyjątkowa

Nasze zaręczyny miały miejsce siedem lat temu. Wspomnienia umykają, więc szczegóły co do tego wydarzenia zatarły się już trochę w mojej pamięci. Wiem jednak, że zależało mi, by była to chwila wyjątkowa dla nas na drodze w kierunku sakramentu małżeństwa. Tak też się stało. Okazało się, że było to nawet podwójnie wyjątkowe wydarzenie, gdyż miało miejsce dwukrotnie. Za pierwszym razem gdy Paweł, obecnie mój kochany mąż, oficjalnie w moim rodzinnym domu poprosił moich rodziców o rękę ich córki. I za drugim razem, kiedy na zaproszenie zaprzyjaźnionego księdza Piotra przybyliśmy do kościoła św. Józefa w Nowej Hucie, by w uroczysty sposób, z Bożym błogosławieństwem, rozpocząć przygotowania do ślubu, który miał odbyć się za dwa lata.

Było to dla nas miejsce szczególne ze względu na to, że znajdują się tam relikwie wspaniałej świętej kobiety – lekarki, żony i mamy – św. Joanny Beretty Molli. Przed jej obrazem w osobistej modlitwie powierzyliśmy drogę narzeczeństwa, jaka nas czeka, by następnie u św. Józefa (który również jest nam bliski, stąd wybór jego na patrona naszego syna) z radością uczestniczyć w Eucharystii, podczas której miał miejsce uroczysty moment błogosławieństwa nas jako narzeczonych, podarowania pierścionka zaręczynowego i modlitwy za nas uczestników mszy świętej. Wśród nich znalazła się moja siostra, która potem była świadkiem na naszym ślubie. Były to wzruszające chwile, podczas których zapraszaliśmy Ducha Świętego, by pomógł nam wytrwać w pięknej czystej miłości do ślubu.

Staramy się budować świętość w naszym małżeństwie codziennie na nowo wybierając miłość jako drogę naszego życia. Nie jest to łatwe, ale ufamy, że z Bożą pomocą, o którą prosimy od początku, uda się nam. Opieka św. Joanny towarzyszy nam cały czas – najpierw jako małżeństwu teraz jako rodzinie. Chwała Panu!

Magdalena, żona Pawła, mama Józia i Tereski
W małżeństwie od 5 lat


Karolek

Początek tej historii ma miejsce długo zanim Karolek się począł. Dowiedziałam się, że jako pielęgniarka po dwóch urlopach macierzyńskich i zwolnieniu lekarskim straciłam prawo wykonywania zawodu. Kiedy więc wytłumaczyłam mężowi, że nie mogę tak po prostu wrócić do pracy, on zapytał z uśmiechem: – To co? Kolejny dzidziuś? A ja odpowiedziałam bez wahania: – Dobrze.

– Tak się umówiliśmy – śmieje się p. Edyta Goluch ze Skawiny. – To był początek życia Karolka w naszych sercach. Pamiętam, że jakiś czas potem byliśmy w Kalwarii Zebrzydowskiej i tam, przed obrazem Matki Bożej zawierzyłam Jej opiece nasze trzecie maleństwo jeszcze zanim się poczęło. Do tej pory ofiarowywaliśmy Maryi naszych chłopców (starsi bracia Karolka to Jaś oraz Michałek) po ich przyjściu na świat, jadąc z nimi na Jasną Górę. Tym razem było inaczej. Długo klęczałam przed obrazem w Kalwarii. Prosiłam Matkę Bożą, by miała w opiece to dziecko, aby zło nie miało do niego dostępu. Zawierzyłam Jej także całą naszą rodzinę. Jakiś czas potem pod moim sercem pojawił się wyczekiwany maluszek. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Wszystko było dobrze i nic nie wskazywało na to, że już niedługo miało się to zmienić.

Co pani brała?

Poszłam na zakupy i zaczęło się krwawienie. Bardzo się przestraszyłam. Wstąpiłam po drodze do koleżanki. Jej mąż odwiózł mnie do domu, wezwaliśmy karetkę i trafiłam do szpitala. Tam niestety nie spotkałam się ze zbyt dobrym traktowaniem. Zdarza się bowiem, że kobiety zażywają leki, które mają doprowadzić do poronienia i potem zgłaszają się do szpitala jakby działo się to samoistnie, by otrzymać pełną opiekę. Przez to lekarze i personel nie są dobrze nastawieni do takich sytuacji. Kiedy wreszcie przyjęto mnie na wizytę jedno z pierwszych zdań  jakie usłyszałam od lekarza brzmiało: – Co pani brała? A ja na to że kwas foliowy, który ma wspomagać rozwój maleństwa. Zaczął mnie badać i stwierdził, że dziecko żyje i jest w porządku. Wtedy nie wytrzymałam i rozkleiłam się przy nim zupełnie. Z radości i ogromnej ulgi, bo dopiero wtedy cały stres zaczął ustępować. Powiedziałam tylko: – Dzięki Bogu! I on po tym zmienił do mnie nastawienie. Wzięli mnie na oddział i zajęli się mną. Zrobili badania. Wtedy wyszło, że mam cukrzycę, więc muszę być na diecie i brać insulinę. To wiązało się ze zmianą trybu życia, co przy dwóch maluchach w domu było nie lada wyzwaniem. Wciąż jednak nie miałam diagnozy, nie wiedziałam jak postępować dalej. W tym czasie dla mnie i dla męża najtrudniejsze było zorganizowanie opieki dla dwóch synków, którzy zostali w domu. Nie mamy rodziny w Krakowie, nie mieliśmy komu ich powierzyć. Jaś miał wtedy cztery i pół roku i chodził do przedszkola, a Michałek półtorej. Wymagali opieki. Więc radziliśmy sobie jak się tylko dało i prosiliśmy o pomoc kogo się dało. Wtedy na chwilę przyjechała moja mama, brat, koleżanka wzięła urlop i także nam pomogła. Bo Jacek, mój mąż musiał chodzić do pracy.

Pół Podhala się modli

Wreszcie otrzymałam diagnozę: łożysko przodujące. A więc wielkie ryzyko i dla dziecka i dla mnie. Kazali mi leżeć. Po powrocie ze szpitala moje życie miało wyglądać tak: dieta, insulina, dwoje małych dzieci i leżenie. Praktycznie niewykonalne. Ale nie było rady. Najważniejsze dobro maleństwa. Wtedy też miał miejsce jeden z trudniejszych dla mnie momentów. Byłam na wizycie u profesora, który kiedy dowiedział się jaka jest moja sytuacja, wyraził swoją dezaprobatę mówiąc, że nie dość, że przychodzę z trzecim dzieckiem to jeszcze takie komplikacje. Powiedziałam mu, że to dziecko jest tak samo kochane jak dwójka starszych i tego faktu nic nie zmieni. Ale więcej tam nie poszłam. Wróciłam do domu i zaczęło się leżenie.

Asia, studentka, córka bliskich znajomych, a obecnie matka chrzestna Karolka,  bywała wtedy u mnie z pomocą. Pewnego dnia przyniosła mi obrazek św. Joanny Beretty Molli i poradziła, by prosić za jej wstawiennictwem. Znając historię św. Joanny modliłam się szczerze, patrząc jej w oczy: ja nie chcę umierać tak jak ty… Miałam jeszcze obrazek Jana Pawła II. Tego samego dnia Asia powiedziała mi: – Ciociu, pół Podhala się za ciebie modli, musi być dobrze! To były dla mnie niezwykle ważne słowa. Ja czułam tę modlitwę. Bo już wtedy bardzo się bałam. Wiedziałam czym takie komplikacje grożą, obawiałam się po prostu, że mogę nigdy nie zobaczyć tego dziecka, bo nie przeżyję porodu…

Znów szpital

Któregoś dnia, kiedy wstałam, żeby pójść do toalety okazało się, że krwawienie wróciło. Położyłam się znów. Był ze mną tylko mały Michałek. Poprosiłam go żeby podał mi kanapki. I podał. I żeby przyniósł mi telefon. I on zrozumiał. Karetka była w drodze. Nie miałam tylko z kim zostawić malucha i mieszkania. Zadzwoniłam po Asię. Przybiegła zaopiekować się Michałkiem, a mnie zabrali na oddział. Byłam wtedy w szpitalu około dwa tygodnie. Cały czas leżałam. Nawet z boku na bok odwracałam się bardzo powoli, musiałam uważać na każdy ruch. Dużo modliłam się na różańcu. A pod koniec czytałam także psalmy. Jednak największym umocnieniem była dla mnie codzienna Komunia św.

Nie chciałam się żegnać

Pamiętam, że był piątek. Odwiedziła mnie kuzynka. Potem mąż. Kiedy wyszedł modliłam się na różańcu i kiedy odwracałam się na drugi bok rozpoczął się krwotok. Od razu zabrano mnie na salę operacyjną. Zdążyłam zabrać ze sobą tylko różaniec z Ziemi św. i telefon. Dzwoniłam do męża, który był jeszcze w drodze do domu, żeby się nie martwił i żeby wracał do dzieci. Chciałam go uspokoić, choć sama bałam się ogromnie. Próbowałam też powiedzieć mu wtedy, że go kocham, ale nie mogło mi to przejść przez gardło… Nie chciałam żeby brzmiało to jak pożegnanie…

Kiedy anestezjolog poprosił mnie, żebym rozluźniła pięść i zobaczył różaniec, powiedział, żebym zacisnęła na nowo. Pozwolił mi go zostawić w dłoni.

Nieocenione wsparcie męża

Nasz trzeci synek urodził się 16 października 2009 roku o godz. 21.05. Otrzymał imię Karol. Był wcześniakiem, ale jego stan był stabilny. O moje życie lekarze walczyli jeszcze całą noc. Nie mogli zatamować krwotoku. Przetoczyli mi sporo krwi i podali bardzo drogie leki. Kiedy obudziłam się następnego dnia w południe wszystko potwornie mnie bolało, ale obok siebie na poduszce miałam różaniec, który położyła tam pielęgniarka. Byłam jej bardzo wdzięczna.

Powoli przychodziłam do siebie na oddziale intensywnej terapii. Pamiętam, że w tamtym czasie niesamowitą pomocą i nieocenionym wsparciem był dla mnie mąż. Czułam wtedy jego ogromną miłość do mnie. Tego nie da się opisać.

Karolka mogłam zobaczyć dopiero na trzeci dzień. Mąż zawiózł mnie na wózku pod inkubator. Stałam tam nad naszym maleństwem, a łzy płynęły mi po policzkach. Był taki maleńki! Ważył niecałe półtorej kilo. Mąż wtedy obejmował mnie, podtrzymywał i ciągle do mnie mówił. Karolek miał typowe objawy wcześniaków: odma płucna, problemy z oddychaniem, nie tolerował mojego pokarmu, ale szybko dochodził do siebie. A kiedy nadszedł dzień, w którym mogłam go wreszcie pierwszy raz przytulić byłam taka szczęśliwa! I wzruszona. Nie da się opisać uczuć matki, która po raz pierwszy po tak długiej walce o życie przytula swoje dziecko.

Dziękuję…

Wyszłam ze szpitala wcześniej niż Karolek. Odciągałam pokarm w domu i woziliśmy go małemu na zmianę z mężem. Maluszek został wypisany dopiero po prawie dwóch miesiącach.

Dziś Karolek ma pięć lat, świetnie się rozwija, jest ogromną radością rodziców i nie ma śladu po tej trudnej walce o życie jaką stoczył wraz ze swoją mamą.

– Jestem przekonana, że jest to zasługa żarliwej modlitwy tylu osób. Wiem, że mnie uratowała św. Joanna, a Karolka dziś już święty Jan Paweł II. Ale zrobili to rękami ludzi. Chciałabym z tego miejsca z serca podziękować wszystkim, którzy byli tego dnia na dyżurze: lekarzom i pielęgniarkom, oraz wszystkim, którzy nas w tym czasie w jakikolwiek sposób wspierali. Wiem bowiem, że moje życie jest cudem. Dziękuję Bogu!

Świadectwa wysłuchała i zanotowała Justyna Sowa


„Po pielgrzymce”

Św. Joannę znam od wielu lat, ale dopiero w tym roku miałam możliwość odwiedzenia tych włoskich okolic, w których żyła. Świadomość, że jestem właśnie w tych samych miejscach, w których ona modliła się i przebywała była poruszająca. Siedzenie w ławce, w której zwykła siedzieć czy podążanie drogą, którą codziennie chodziła do kościoła wywoływało we mnie wzruszenie, spotęgowane prostotą tych miejsc. Ich zwykłością.

Podczas pielgrzymki odczuwałam obecność Joanny wśród nas i Jej opiekę. Przykład? Dość często padał tam deszcz, ale zawsze wtedy, kiedy byliśmy w samochodzie, w kościele bądź kawiarence. Gdy zbieraliśmy się do wyjścia – ani kropli. Ktoś powie – przypadek. A ja jestem przekonana, że takie przypadki nie zdarzają się kilka razy pod rząd przez cztery kolejne dni.

Wspaniała była Msza św. w kościółku w Ponte Nuovo, w którym Joanna często bywała. Po raz pierwszy zobaczyłam tam wiele Jej zdjęć, których nie znałam. A spotkania z s. Carlą, przyjaciółką Joanny z młodości, jej serdeczności i świadectwa uzdrowienia nie zapomnę nigdy. Pomyślałam sobie wtedy, że chyba na tym polega obcowanie świętych – oni pozwalają nam się „dotknąć” poprzez ludzi i różne znaki.

Jestem przekonana, że po tej pielgrzymce to nie Joanna jest bliżej mnie, bo Ona zawsze była, ale ja jestem bliżej Niej. Kochana św. Joanno, dziękuję Ci, że pozwoliłaś się „dotknąć”.

J.S.


„Interwencja Joanny w naszym życiu rodzinnym”

Nazywam się Maja Gniłka. Urodziłam się w 1978 roku. Jestem żoną Zbigniewa. Mamą szóstki dzieci: bliźniaków Agnieszki i Michała 2002, Joanny 2004, Anny 2006, Łucji 2011 oraz Karola 2014 rok. Pochodzę z rodziny w której wartości chrześcijańskie były znane, ale były odrzucane w czasie mojego dzieciństwa. Jako młoda dziewczyna uważałam, że aborcja jest słusznym rozwiązaniem, ba… ratunkiem i prawem kobiet do wolności i niezależności. Prawem każdej kobiety. W szkole średniej zaczęłam szukać sensu życia. Nawróciłam się pewnego popołudnia. Koleżanka zaprosiła mnie na spotkanie Wspólnoty Oazowej, tam w piosence usłyszałam – „Jezus Cię kocha”. Poczułam się ukochana. Wraz z nawróceniem dostałam dar wiary w Naukę Kościoła Katolickiego. Powoli uczyłam się wszystkiego, od odmawiania różańca, przez odkrywanie wspaniałości Pisma Świętego. Jezus dał mi się pokochać osobowo i prosto. Zaczęłam poznawać różne wspólnoty w kościele i od początku mojej drogi fascynowały mnie ubogie zakony, ludzie radykalni i bezkompromisowi. Zaczęłam też poznawać naukę Kościoła w sprawie aborcji.

Pan po kolei dawał mi odkrywać w swojej miłości i mądrości wszystkie aspekty i konsekwencje jakie idą za wyborem Boga jako Pana swojego życia. Rodziła się we mnie wiara w moim zdaniem niemożliwe rzeczy, zaczynałam wierzyć, że przez konsekwencję wyboru Jezusa mogę „wygrać” swoje życie. Powoli uzdrawiało się moje serce i poszerzało.
W roku 2000 byłam na Rekolekcjach Ignacjańskich w Częstochowie, z okna widziałam dom Małych Sióstr Jezusa. Po zakończonych rekolekcjach, poszłam do ich domu, akurat miały gości więc poszłam prosto do kaplicy. Tam znajdowała się Figurka Dzieciątka Jezus naturalnej wielkości, która wyciągała do mnie rączki. Wiele łez wypłakałam tego popołudnia, żaląc się Jezusowi, a jednocześnie doświadczając oczyszczenia. Nabrałam wtedy godności i przekonania, że chcę i mogę być matką. Zwyczajną żoną i mamą. Przyobiecałam wtedy Jezusowi, że przyjmę wszystkie dzieci, którymi mnie obdarzy. Wraz z mężem poznaliśmy się w duszpasterstwie akademickim. Zaplanowaliśmy piękny ślub. Równo w pierwszą rocznicę ślubu chrzciliśmy śliczne bliźniaki: chłopca i dziewczynkę. Byliśmy takim idealnym małżeństwem, z idealnym rozwojem sytuacji, z idealną parką w domu. Kiedy bliźnięta miały 1,5 roku zupełnym zaskoczeniem dla nas była moja kolejna ciąża. Mieliśmy inne plany. Wydawało nam się, że oparte na Panu Bogu… Dzieci miały trochę podrosnąć, a ja wrócić do pracy, bo właśnie wzięliśmy kredyt na mieszkanie i rozwijaliśmy wspólny biznes. Oczywiście nie podlegało dyskusji, że dzieciątko się urodzi, ale w tamtym momencie było nam bardzo trudno je przyjąć. W naszym małżeństwie nastąpił kryzys. Nie potrafiliśmy pogodzić się z sytuacją, nie potrafiliśmy sobie tego poukładać. Od początku ciąży bardzo źle się czułam. Wszystko wymknęło nam się spod kontroli.

W trzecim miesiącu ciąży pojechałam z dziećmi do mamy. Gdy zasłabłam mama zaciągnęła mnie do miejscowego ginekologa. Powiedziałam lekarce, że mam duże bóle kręgosłupa oraz, że wyczuwam jakąś zmianę pod lewymi żebrami, więc zostałam skierowana do szpitala na kompleksowe badania.

Nigdy nie zapomnę tego dnia. Była Wielka Środa 2004 roku. Padła diagnoza: „Na lewej nerce jest narośl 8 na 9 cm, musimy panią natychmiast wypisać. Proszę jechać do najbliższego urologa. Już następnego dnia miałam pierwszą wizytę u urologa, który na podstawie badania USG oświadczył, że mogę być spokojna, bo to na pewno nie jest rak, ponieważ takie przypadki się nie zdarzają w młodym wieku i w dodatku w ciąży. Mąż zadecydował, że będziemy konsultować tę diagnozę. Byłam bardzo zdziwiona: przecież była tak dobra, a lekarz powiedział, że na 100% to nie jest rak? Jednak mąż był rozgniewany nonszalancją lekarza. Stwierdził, że pewność można mieć jedynie po wycięciu guza i badaniu histopatologicznym.

Zaczęliśmy i intensywnie szukać szpitali, w których można było uzyskać diagnozę, jednocześnie rozsyłaliśmy wieść o naszej sytuacji do rodziny, znajomych, zaprzyjaźnionych wspólnot z próśbą o modlitwę o rozeznanie drogi. Trafiliśmy do wrocławskiej kliniki wojskowej. Tam dowiedzieliśmy się, że ponad 90% podobnych zmian na nerce to nowotwory złośliwe i operacja jest potrzebna niezwłocznie. Pan doktor jak gdyby nigdy nic
powiedział: „Jutro się pani stawia w szpitalu, usuwamy ciążę i pojutrze wycinamy guza”. Uciekliśmy stamtąd zszokowani. Pomimo, że to dziecko zaskoczyło nas kompletnie nigdy nie braliśmy pod uwagę zabicia go. Szczególnie, ze moja droga do nawrócenia prowadziła przez weryfikację poglądów na temat czym jest aborcja. Prawo dopuszcza aborcję w takich wypadkach, ale cóż znaczy prawo ludzkie przy prawie Bożym? Znajomy lekarz udzielił nam wsparcia. Podpowiedział jakimi drogami możemy dotrzeć na konsultacje do rożnych ośrodków. Moje USG wysłaliśmy do różnych klinik w Polsce, a sami pojechaliśmy do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Potraktowano nas tam z wielką życzliwością: nas, czyli rodziców i dziecko. Dostaliśmy bardzo ważne informacje: że mamy prawo do operacji w takim szpitalu, jaki sobie wybierzemy i taką metodą, jaką zaakceptujemy, oraz że nikt nie może nam narzucać diagnostyki, która mogłaby szkodzić dziecku. Jasne stało się też, że operacja musi być zrobiona jak najszybciej, jeszcze w ciąży. Potwierdzały to też informacje spływające z innych klinik. Musieliśmy znaleźć ośrodek i lekarza, który by się tego podjął, mając jedynie takie badania, jakimi dysponowaliśmy. Mieliśmy wsparcie ze strony duszpasterzy i grona życzliwych ludzi. Radziliśmy się katolickich etyków. Przystąpiłam do spowiedzi generalnej i dwukrotnie przyjęłam sakrament namaszczenia chorych. Modlitwa szła strumieniami. Modliły się pojedyncze osoby, modliły się zakony. Z rąk pewnej wielodzietnej matki trafił do mnie artykuł o jeszcze wtedy błogosławionej Joannie Beretcie Molli. Wcześniej czytałam o Niej, ale historia wydawała mi się przerażająca i nie potrafiłam zrozumieć nauczania Kościoła w takich przypadkach. Czytałam jakiś artykuł mając dwoje malutkich dzieci, mając piękne plany, kochającego męża i idealne życie. Ale jak wiadomo, życie nie jest idealne, a ideałem do którego mamy dążyć jest świętość w codzienności.

Kiedy czytałam podarowany mi artykuł przeżyłam szok, bo zobaczyłam że moja historia w tamtym momencie jest bliźniaczo podobna do historii Joanny. Napełnił mnie wtedy spokój i nabrałam przekonania, że w nauczaniu Kościoła jest mądrość. Czułam, że wówczas jedynie Joanna jest mnie w stanie zrozumieć i będąc blisko Bożego tronu przedstawiać moją sprawę. Stała się moją przyjaciółką. Przez Jej wstawiennictwo modliliśmy się o przyjęcie woli Bożej, bo mieliśmy pewność, że jak będziemy tej woli pragnąć, to Pan zbuduje z tego dobro. Nie mieliśmy przekonania, że operacja zakończy się sukcesem. Ale mieliśmy wielkie oparcie, że droga wierności nauczaniu kościoła i wyboru Nowego Życia jako wartości najwyższej i bezdyskusyjnej jest słuszna. Czytałam kolejne książki o życiu Joanny i jej umieraniu i starałam sie w każdym momencie trzymać sie jej słów i przykładu – jak przyjaciółki, pomimo trudnych momentów. Była pewność i pokój. Ale również niezrozumienie ze strony części otoczenia. Zmagania cywilizacji życia z cywilizacją śmierci. To był trudny czas, trzeba było o wszystkim porozmawiać: o bliźniętach, o ewentualnym pogrzebie …

Niektórzy lekarze mówili, że nie podejmą się operacji bez badania radiologicznego i że musimy je wykonać. W końcu trafiliśmy do kliniki urologicznej we Wrocławiu – najbardziej obskurnego miejsca na świecie. Kiedy tam przyszliśmy złapałam męża mocno za rękę i powiedziałam: „Wszędzie, tylko nie tutaj”. Ale to właśnie tam spotkaliśmy starszego pana profesora, który szanował nasze przekonania. Zwołał konsylium lekarskie. W 2004 roku nie było procedur medycznych dla takich przypadków jak nasz. Było dużo niewiadomych. Mając tylko badanie USG lekarze musieli działać niejako na oślep. Problemem była też narkoza, która miała objąć mnie i dzieciątko. Lekarze po wielu również zagranicznych konsultacjach, zgodzili się zrobić eksperymentalną operację wycięcia guza nerki u kobiety w piątym miesiącu ciąży. Termin operacji został wyznaczony na 12 maja. Kiedy już byłam w szpitalu, ni stąd, ni zowąd termin operacji został przesunięty na 13 maja. Na rocznicę objawień fatimskich…

Wtedy spłynęło na mnie przekonanie, że jeżeli Matka Boża objęła swoim patronatem czas operacji, to w całej tej historii dzieje się wola Boża. W dzień operacji mąż przyniósł mi do szpitala Gościa Niedzielnego. Na okładce było zdjęcie Joanny Beretty Molli! Okazało się, że 16 maja Joanna ma być kanonizowana. Było to dla nas ogromnym wzruszeniem. Joanna okazała się bardzo wdzięczną i prawdziwą przyjaciółką. Operacja trwała 6 godzin. Była skomplikowana. Okazało się, że pomiędzy dużą, ale niegroźną naroślą, a nerką był guz 2 na 3 cm – niewidoczny na USG – niezwykle złośliwy, bardzo rzadki, nie występujący u młodych osób. Jestem pierwszym zarejestrowanym przypadkiem w ciąży. Nowotwór ten jest odporny na działanie chemii, rozwija się bezobjawowo, zabija w ciągu 6 miesięcy. Jedynym lekarstwem jest operacja, zanim da przerzuty. Doktor powiedział, że nie dożyłabym do końca ciąży i zaryzykował twierdzenie, że to ciąża spowodowała, iż guz dał symptomy w postaci mojego ogromnego osłabienia. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że Pan Bóg ma swoje plany. Kiedy zaszłam w ciążę wydawało się to nam porażką i niewypałem, a okazało się, że to dzieciątko uratowało moje życie. Z perspektywy czasu mogę świadczyć o świętości życia, o troskliwości Matki Bożej, której jest poświęcona nasza cała rodzina oraz o świętych obcowaniu. W naszej rodzinie szczególnej interwencji za sprawą wspaniałej Joanny!

Nastąpiło przewartościowanie i zaczęliśmy zadawać sobie pytanie co jest nam do zbawienia koniecznie potrzebne, a nie co jest potrzebne do szczęścia. Zanim spotkały nas te doświadczenia byliśmy katolickim małżeństwem z ułożonym życiem. Myśleliśmy, że rozeznanie powołania już nastąpiło. Wydawało nam się, że wiemy jak żyć i mieliśmy swój plan. I tu nagle taka intensywna interwencja! Zrozumieliśmy, że rozeznanie powołania musi odbywać się cały czas. Szybko dojrzeliśmy. Napełnił nas pokój, który jest darem Ducha Śwętego. Znany we Wrocławiu Ks. Orzechowski mówił: „Nie bójcie się czytać znaków w swoim życiu. Nie bójcie się czytać dat. Tylko róbcie to wszystko po chrześcijańsku”. W tej historii znaki były tak ewidentne, że trzeba by było być ślepcem, żeby ich nie zauważyć. Mieliśmy głębokie przekonanie, że urodzi się dziewczynka. 19 października, siłami natury i po bardzo lekkim porodzie przyszła na świat nasza córka. Było jasne, że będzie miała na imię Joanna. Joanna Maria. Wbrew temu, że musiała przed swoim narodzeniem uczestniczyć w stresie, gonitwie i łzach jest do tej pory najweselszym, najbardziej optymistycznym z naszych dzieci. Zna swoją historię i jest z niej bardzo dumna. Ma szczególne nabożeństwo do Joanny Beretty Moli.

Maja i Zbigniew Gniłka.
Ur.1978.
Małżonkowie od 2001.
Plastyk i manager.
Mieszkają od 2012 w Sztokholmie


„Patronka naszego związku i nie tylko…”

Świętą Joannę Berettę  Mollę „poznałam” w Wielki Piątek 2006 roku, na kilka tygodni przed ślubem. Przeżywałam wówczas rozterki dotyczące mojej drogi życia. Siostra narzeczonego zaproponowała mi, abym zainteresowała się postacią św. Joanny. „Ona tak, jak Ty miała różne dylematy” – powiedziała. Zaczęłam szukać w Internecie informacji o Świętej Joannie i wtedy rozpoczęła się moja przygoda z Tą Wielką Świętą. Nie wkładałam żadnego wysiłku, by zafascynować się Jej Osobą. Dokonało się to natychmiast jak tylko odkryłam, że Ona też miała swoje problemy, trudne sprawy, wizje i marzenia. Święta Joanna stała się mi bardzo bliska. Stała się dla mnie wzorem. Postanowiłam obrać Ją patronką naszego związku, a zatem stała się też naszą orędowniczką i opiekunką.

Początkowo korzystając z Internetu wydrukowałam teksty różnych modlitw za Jej wstawiennictwem i często odmawiałam je prosząc o opiekę i wyproszenie potrzebnych Łask. Polecałam Jej naszego pierworodnego synka, którego dzień narodzin wyznaczono na 27 kwietnia, a więc w wigilię wspomnienia. Często umacniałam się Jej przykładem, szczególnie wtedy, gdy było ciężko, gdy przyszło przeżywać trudne doświadczenia.

W czerwcu 2009 uświadomiłam sobie, iż bardzo chciałabym pojechać do Niej, tam do Włoch. Byliśmy wówczas z Mężem na etapie planowania wakacyjnego wyjazdu. Ułożyliśmy plan podróży tak, aby choć kilka godzin być w ziemi Św. Joanny.

Był 26 lipca 2009 roku. Prowadzeni przez GPS dotarliśmy najpierw do Magenty, potem do Mesero i Ponte Nuovo. To były wspaniałe chwile wypełnione spokojem niezapomnianych wrażeń, które na zawsze zostaną w moim sercu. Patrząc na wizerunek Świętej, prosiłam Pana Boga, aby jeśli pozwoli nam cieszyć się macierzyństwem po raz drugi, przez wstawiennictwo Joanny miał w Swojej opiece nasze Dzieciątko. Pan Bóg podarował nam nowe Życie. Od pierwszych dni ofiarowałam Mu to Maleństwo przez Świętą Joannę.

Pojawiło się zagrożenie – przetrwaliśmy, a potem 12 trudnych tygodni związanych ze znacznie nasilonymi objawami ze strony układu pokarmowego. W tym czasie starałam się czerpać siły od świętej Joanny. Kolejny etap ciąży wydawał się być stabilny i trwał 7 tygodni. Wtedy nie wiedziałam , że te 7 tygodni, to czas „odpoczynku” i nabierania sił na następny niełatwy  okres.

Nastał 24 tydzień, trafiłam do szpitala. Diagnoza: zagrożenie porodem przedwczesnym. Konieczna: hospitalizacja, tzw. „ścisłe łóżko” i włączenie środków farmakologicznych podtrzymujących ciążę, w celu niedopuszczenia do rozwoju akcji porodowej. Nasze Maleństwo miało wówczas 650 g. Przypuszczalnie wiedzieliśmy, że to dziewczynka. W tej nowej i trudnej sytuacji powierzyłam Świętej Joannie Maleństwo czyniąc swego rodzaju deklarację: „Jeżeli moje Dziecko jest dziewczynką, urodzi się zdrowa i w odpowiednim dla Niej czasie – obiecuję, że otrzyma imię Joanna na Twoją cześć”.

Święta po raz kolejny wzięła sprawy w swoje ręce. Nie znaczy to, że wszystko „ucichło”, gdyż nadal było wiele obaw, ale pomogła mi przetrwać najpierw czas niespełna 4 tygodni leczenia szpitalnego w rozłące z najbliższymi, a w szczególności z 20 miesięcznym synkiem, co nie było łatwe. A potem okres dwóch miesięcy oczekiwania i nowych trudności.

W Wielką Sobotę  tj. 3 kwietnia 2010 roku rozpoczął się poród. Wyjeżdżając do szpitala usłyszałam w radio o śmierci Pana Piotra Molli, pomyślałam: kolejny znak. Nasza córeczka przyszła na świat rano 4 kwietnia (w Wielką Niedzielę). Urodziła się szczęśliwie w 37 tygodniu ciąży, zdrowa! Zgodnie z obietnicą Święta Joanna Beretta Molla została Jej Patronką.

Joasia jest bardzo żywotnym, odważnym, wesoły i zaradnym dzieckiem. Według mnie to też zasługa Świętej. Kiedy ukończyła 2 lata, odkryłam pewien fakt: Asia urodziła się w dniu, który dla Świętej Joanny był szczególnie ważny, gdyż 4 kwietnia był dniem Jej Pierwszej Komunii Świętej. Niby szczegół, lecz dla mnie wiele znaczy.

Święta Joanno, nie znajduję słów, którymi umiałabym podziękować Ci za Twoje orędownictwo w tylu sprawach. Niech moje starania, aby jak najlepiej wychowywać dzieci, będą najlepszą wdzięcznością za wyproszone przez Ciebie Łaski.

Twoja czcicielka – Monika